Parę lat temu spędzając kilka dni w Szczawnicy na tak zwanym babskim wyjeździe z budżetem, który można określić jednym słowem, jako studencki, przyszło nam nocować w starym budynku dawnego sanatorium. Budynek drewniany, właściwie drewniane gmaszysko biorąc pod uwagę standard tego typu budowli. Wejście do budynku stanowił rozległy taras z dwoma ławkami, jakie normalnie stoją w parku.

Były też stojaki metalowych popielniczek, drewniane poręcze z łuszcząca się farbą i lekko nadgryzione zębem czasu schodki. Zacny widok stanowił również hol z nieśmiertelną boazerią, pożółkłymi kinkietami na ścianach i zestawem stolik wysoki połysk i 4 fotele z siedzeniami, które wręcz wsysają do środka. Klimat dawnych sanatoryjnych czasów pełną gębą!

Po ulokowaniu się na miejscu, w dość skromnym, ale czystym pokoju właściwie cały dzień spędziłyśmy zaliczając miejscowe atrakcje. Pierwszy dzień to przywitanie się z Palenicą, no i nasz ulubiony spacerek na szczyt Trzech Koron przez Sokolicę. Dzień intensywny, pełen wrażeń, odtruwający po wszystkich stresach. Wracamy do naszego drewnianego pałacu zmęczone, ale w radosny humorach. Zbliża się wieczór. Mamy klucz do głównego wejścia, które okazuje się być otwarte.

Kiedy jednak pochodzimy do budynku okazuje się, że nigdzie nie palą się żadne światła. Jesteśmy w tym wielkim domu zupełnie same. Dopiero teraz się okazuje, że wszystko tam skrzypi, trzeszczy, szeleści. Czujemy się jak w horrorze i nakręcając się nawzajem wypatrujemy faceta z siekierą.

Do łazienki idziemy gromadnie opowiadając sobie zasłyszane historie o takich miejscach. Kiedy jednak kładziemy się do łóżek szybko przychodzi sen, a ranek wita nas śpiewem ptaków, świeżością i słońcem, wróżbą na kolejny fajny dzień w Szczawnicy.